Image for post
Image for post

Globalna depopulacja jako kluczowy megatrend XXI wieku

Krąży po świecie widmo, widmo depopulacji. Zapoczątkowany w 1972 r. w Niemczech wirus ujemnego przyrostu naturalnego (tj. przewagi liczby zgonów nad l. urodzeń) w ostatniej dekadzie XX wieku rozprzestrzenił się niemal na wszystkie państwa Europy Środkowo-Wschodniej, a na początku XXI wyszedł również poza Stary Kontynent. Pomimo wciąż obecnego w dyskursie publicznym demona przeludnienia, nieuchronnie zbliża się czas, w którym liczba ludności naszej planety zacznie się kurczyć. Pytanie tylko kiedy, w jakim tempie i w jakiej sekwencji.

W demografii trendy rozwijają się przez dekady, często przez okres dłuższy niż czas aktywności zawodowej przeciętnego analityka z dziedziny ekonomii czy nauk społecznych, który i tak przeważnie bardziej skupiony jest na ‘modnych’ i, zdawałoby się, znacznie ważniejszych sprawach bieżących. Długi okres inkubacji zmian demograficznych powoduje, że są one trudno dostrzegalne. O zmianie wskaźnika dzietności nie dyskutuje się tak często jak np. o zmianie PKB, chociaż zapewnienie jego wzrostu, lub chociaż utrzymanie na odpowiednim poziomie (umożliwiającym zastępowalność pokoleń) wydaje się obecnie dużo trudniejsze i bardziej kosztowne (jeśli w ogóle możliwe). Poza tym, depopulacja w skali globalnej, niespowodowana wojnami, epidemiami czy kataklizmami, nie ma swojego precedensu w przeszłości. Czyni to praktycznie niemożliwym tworzenie pobudzających wyobraźnię i medialnie chwytliwych analogii historycznych. Tymczasem, tak jak dynamiczny wzrost liczby ludności, zapoczątkowany w I poł. XIX wieku, miał niewątpliwie olbrzymi wpływ na społeczeństwa, gospodarki i pozycję państw, tak samo wpływ na te kwestie, być może nawet jeszcze większy, będzie miała depopulacja. Kiedy już jednak zdamy sobie z tego sprawę, powstrzymanie lub nawet ograniczenie jej konsekwencji za pomocą doraźnych rozwiązań będzie niemożliwe.

Depopulacja jest już rzeczywistością wielu państw, a nawet całych regionów Europy. Jej przyczyną jest postępujący spadek wyżej wspomnianego wskaźnika dzietności (TFR — Total Fertility Rate), przeważnie połączony z brakiem lub zbyt niską imigracją, a przeważnie z ujemnym saldem migracji. Pomiędzy 1950 a 2020 r. TFR spadł w każdym państwie na świecie. W większości o więcej niż 50%, a w prawie połowie — poniżej poziomu umożliwiającego zastępowalność pokoleń, który określony został na ok. 2,1 dziecka na jedną kobietę. Długotrwałe utrzymywanie się wskaźnika dzietności poniżej tego poziomu oznacza, że w pewnym momencie ludność danego państwa zacznie się kurczyć (zakładając brak imigracji). Tworzy się wtedy swego rodzaju błędne koło — spadek liczby kobiet w wieku rozrodczym powoduje spadek liczby urodzeń, co przekłada się następnie na jeszcze mniej kobiet w wieku rozrodczym w kolejnym pokoleniu i jeszcze mniej urodzeń itd. Rezultatem takiego procesu będzie w teorii spadek liczby ludności danego państwa lub terytorium do zera, a jego tempo zależy od skali spadku TFR poniżej 2,1 oraz salda migracji. Dlatego też proces depopulacji będzie miał różny przebieg w skali państw (jak i wewnątrz nich), regionów oraz kontynentów.

Niniejszy tekst jest rezultatem mojego ponad dwuletniego zainteresowania przedmiotowym zjawiskiem, a jego celem — zwrócenie na nie uwagi, na jaką moim zdaniem zasługuje. Wiele z zawartych w tym tekście informacji, analiz, opinii i prognoz było już wcześniej publikowanych na moim koncie w serwisie Twitter (https://twitter.com/KMaminski).

Przedstawiając zagadnienie depopulacji skupię się przede wszystkim na perspektywie globalnej. Dlatego też, co do zasady, skoncentruję się na depopulacji wynikającej z ujemnego przyrostu naturalnego i pominę wpływ migracji na zmianę liczby ludności państw i kontynentów (w skali globalnej saldo migracji jest, póki co, neutralne). Jednak przypadki, w których migracje mają kontrariański wpływ na zmianę populacji danego państwa/terytorium (np. kiedy pozwalają przynajmniej ją utrzymać, pomimo ujemnego przyrostu naturalnego), zostaną wyraźnie zaznaczone.

W niniejszym tekście omówię przyczyny depopulacji oraz potencjalne konsekwencje i mity z nią związane. Zanim to nastąpi, przedstawię garść informacji pozwalających lepiej zrozumieć, na jakim etapie tego procesu obecnie się znajdujemy.

Aktualna sytuacja demograficzna na świecie, w Europie oraz w Polsce

W 1968 r. ukazała się książka amerykańskiego biologa Paula R. Ehrlicha The Population Bomb. Ehrlich prognozował ogólnoświatowy głód i społeczne wstrząsy, które miały być rezultatem przeludnienia planety. Wzywał także do podjęcia działań ograniczających dalszy, szybki wzrost liczby ludności. Idea wyłożona przez Ehrlicha co do zasady powielała koncepcje Thomasa Malthusa, żyjącego na przełomie XVIII i XIX w. angielskiego duchownego i ekonomisty, który również przewidywał głód, wynikający z różnicy w tempie wzrostu populacji oraz produkcji żywności (wzrost geometryczny vs. arytmetyczny). Jak na ironię, w tym samym 1968 r. tempo wzrostu liczby ludności świata osiągnęło swój powojenny szczyt — 2,09%[1]. Już od 1964 r. (z poziomu 5,03) spadał ogólnoświatowy wskaźnik dzietności kobiet[2], a od 1972 r. Niemcy, jako pierwszy kraj świata, zaczęły trwale notować ujemny przyrost naturalny. Liczba ludności tego kraju, dzięki imigracji, cały czas jednak rośnie. Pierwszym krajem, którego ludność zaczęła się trwale kurczyć w wyniku ujemnego przyrostu naturalnego, są Węgry (od 1981 r.). W okresie 12 miesięcy przed 1 lipca 2020 r. globalna populacja wzrosła o 1,05% (osiągając prawie 7,8 mld), co stanowiło najniższy procentowy wzrost od 1950 r. Ogólnie, w bieżącej dekadzie (2011–20) liczba ludności świata rosła w średnim tempie 1,14% rocznie. Tylko dwa kontynenty, Afryka i Oceania, rosły w tym czasie szybciej — odpowiednio o 2,58% i 1,47%. Bez Afryki (wpływ Oceanii ze względu na niewielkie rozmiary jest marginalny), wzrost ten wyniósłby 0,87% rocznie. Tempo wzrostu populacji spada na wszystkich kontynentach, w tym od kilku lat także i w Afryce. Od ponad 30 lat maleje również nominalny roczny wzrost liczby ludności świata, z 92,9 mln u szczytu w 1988 r. do 81,3 mln w 2020 r. (bez Afryki od 76,5 mln do 48,8 mln). TFR dla całego świata spadł natomiast do 2,44 w 2020 r. W 94 na 202 państwach i terytoriach zależnych (z czego w 17 na 20 największych gospodarkach świata) był on poniżej poziomu zastępowalności pokoleń (2,1). W 2019 r. 25 państw (24 w Europie oraz Japonia) odnotowało ujemny przyrost naturalny. Większość z nich notuje go przynajmniej od 20 lat. Depopulacja to jednak nie tylko ujemny przyrost i spadek liczby ludności. Spadek dzietności i liczby urodzeń powoduje bowiem równoległe starzenie się społeczeństw. 34 z 40 państw z najwyższą średnią wieku mieszkańców znajduje się w Europie.

Pogląd o zbliżającym się szczycie populacji świata podzielają chyba niemal wszyscy eksperci zajmujący się demografią. Różnice są jedynie w ocenie kiedy to nastąpi. Według prognozy ONZ (z 2019 r.) w wariancie średnim, liczba ludności świata będzie rosła jeszcze przynajmniej do końca obecnego stulecia (wynosząc 10,9 mld w 2100 r.), jednak tempo tego wzrostu będzie spadać, osiągając w ostatniej dekadzie wieku średnio mniej niż 0,1% rocznie. W wariancie wysokim przewidywany jest wzrost liczby ludności do 15,6 mld w 2100 r., osiągając pod koniec wieku średnie tempo na poziomie 0,72% rocznie. W wariancie niskim natomiast, globalna populacja osiągnie szczyt w 2054 r. na poziomie 8,9 mld, spadając do 2100 r. do poziomu 7,3 mld (średnie tempo spadku w ostatniej dekadzie wieku wyniosłoby -0,71% rocznie). Prognozy ekspertów spoza ONZ są zbliżone właśnie do wariantu niskiego. W 2013 r. Sanjeev Sanyal, ówczesny ekonomista Deutsche Banku, przedstawił prowokacyjną jak na tamten czas prognozę, że wzrost liczby ludności świata osiągnie szczyt w 2055 r. na poziomie 8,7 mld, po czym nastąpi spadek do 8 mld w 2100 r. Podobnie prognozują Darrell Bricker i John Ibbitson, autorzy wydanej w 2019 r. książki Empty Planet: The Shock of Global Population Decline, według których szczyt będzie gdzieś między 8 a 9 mld w okolicy 2050 r. Z kolei badacze International Institute for Applied Systems Analysis, na czele z profesorem Wolfgangiem Lutzem, w 2014 r. prognozowali szczyt na poziomie 9,4 mld w okolicy 2070 r., a następnie spadek do 9 mld w 2100 r. Najbardziej skrajną prognozę przedstawił norweski naukowiec Jorgen Randers, który w 2014 r. przewidywał osiągnięcie szczytu na poziomie 8 mld w 2040 r. Ciekawostką może być to, że w 1972 r. prognozował on wzrost liczby ludności świata do… 15 mld w 2030 r.

W mojej ocenie największe szanse realizacji mają niski wariant ONZ oraz prognozy Sanyala i autorów Empty Planet — szczytu należy się spodziewać na poziomie pomiędzy 8,5 a 9 mld przed 2050 r. Zasadą demografii jest jednak to, że prognozy rzeczywistość przeważnie weryfikuje w dół (regularnie sprawdza się to zwłaszcza w ostatnim czasie, ale są też liczne przykłady z historii). Do takiego rozwoju sytuacji może przyczynić się pandemia COVID-19 oraz spowodowana nią recesja w światowej gospodarce. W powszechnej opinii czynniki te przyśpieszą szczyt i to nie bynajmniej za sprawą wzrostu liczby zgonów (ten będzie raczej krótkotrwały zakładając, że pandemia ustąpi w 2021 r.), ale przede wszystkim poprzez przyśpieszenie procesu spadku wskaźników dzietności na całym świecie. Według Instytutu Brookingsa, w rezultacie pandemii spadek liczby urodzeń w USA w 2021 r. może wynieść od 300 do 500 tys. wobec wcześniejszych prognoz (w 2019 r. urodziło się tam 3,7 mln dzieci). Natomiast wg Biura Budżetowego amerykańskiego Kongresu pandemia i jej ekonomiczne konsekwencje spowodują spadek liczby ludności USA w 2046 r. z 384 mln, prognozowanych w 2018 r., do 374 mln, właśnie z powodu spadku dzietności i liczby urodzeń.

Jak można przypuszczać na podstawie wcześniej przytoczonych danych, pierwszym kontynentem, który zacznie się wyludniać będzie Europa, którą Starym Kontynentem określa się już nie tylko mając na względzie jej długą historię. Jak już wiemy 24 (na 43) europejskie państwa miały w 2019 r. ujemny przyrost naturalny. Od 2012 r. notuje go też Unia Europejska (dzięki imigracji wciąż utrzymująca wzrost populacji). Wg danych ONZ, w bieżącej dekadzie wzrost liczby ludności Europy wyniósł średnio 0,15% rocznie, co oznacza spadek z 0,98% w latach 50-tych XX w. W tym roku wzrost wyniósł zaledwie 0,06%. Wszystkie europejskie państwa mają także poziom dzietności poniżej 2,1. Niewykluczone, że w wyniku następstw pandemii COVID-19 spadek liczby ludności Europa odnotuje już w 2021 r.

Od 1992 r. kurczy się populacja państw Europy Środkowo-Wschodniej, która była tym samym pierwszym kurczącym się regionem świata.[3] Spadek od szczytu wyniósł 6,4% (z 344,9 do 322,7 mln). W przypadku 6 państw (Bośni i H., Bułgarii, Litwy, Łotwy, Mołdawii i Ukrainy) przekroczył natomiast 20%, na co wpływ mają nie tylko niskie wskaźniki dzietności, ale także duża emigracja. Ogółem, na 20 państw Europy Śr.-Wsch. tylko Słowacja utrzymuje jeszcze dodatni przyrost naturalny i wzrost populacji. Czechy i Słowenia rosną natomiast wyłącznie dzięki imigracji. Od 2014 r. spada także łączna liczba ludności południa Europy, ponieważ największe państwa w tej części kontynentu (Grecja, Hiszpania, Portugalia i Włochy) regularnie notują ujemny przyrost.

Liczba ludności Polski, według Głównego Urzędu Statystycznego, spadła od szczytu w 1998 r. zaledwie o 0,7%, z 38,666 mln do 38,383 mln na koniec 2019 r. W zdecydowanej większości nie uwzględnia jednak osób przebywających na emigracji (wg GUS na koniec 2019 r. było to 2,4 mln osób), jak również imigrantów (głównie Ukraińców), których dużo napłynęło do naszego kraju zwłaszcza w ostatnich latach. Odejmując i dodając jedną oraz drugą grupę (np. obcokrajowców ubezpieczonych w ZUS, których na koniec września br. było 689 tys.), faktyczna liczba mieszkańców Polski wyniosłaby 36,7 mln (spadek o 5% od 1998). W tym roku, 21 lat po trwałym zejściu wskaźnika dzietności poniżej 2,1 (w 2019 r. wyniósł on 1,42), i ponad 20-letnim balansowania wokół zerowego przyrostu naturalnego, Polska na stałe wchodzi w okres ujemnego przyrostu. W mojej ocenie przekroczy on w tym roku -120 tys., a za kilka lat -200 tys. Będzie to spowodowane nie tyle potencjalnymi konsekwencjami pandemii COVID-19, o których pisałem powyżej, ile wchodzeniem pokolenia wyżu lat 40-tych i 50-tych w okres wymierania, a także opuszczenia okresu rozrodczego przez kobiety z wyżu lat 70- i 80-tych.

Jeśli chodzi o prognozy, wg ONZ liczba ludności Europy (w 2020 r. 747,6 mln) w 2100 r. ma wynieść 629,6 mln w wariancie średnim (spadek o 15,8%), 896,5 mln w wariancie wysokim (wzrost o 19,9%) lub 427,5 mln w wariancie niskim (spadek o 42,8%). Dla Polski liczby te wynoszą odpowiednio: 23 mln (-39,1%); 34,5 mln (-8,9%) i 14,6 mln
(-61,5%).[4] Nie podejmę się prognozowania populacji Polski i Europy w 2100 r., ponieważ uważam, że prognozy wykraczające poza jedno pokolenie (20–25 lat) to jest nic innego jak strzelanie (wyjątek pozwoliłem sobie zrobić jedynie dla prognozy szczytu liczby ludności świata). Jednak wg moich obliczeń (w oparciu o dane GUS), przy założeniu zerowego salda migracji, wariant wysoki dla Polski zostanie osiągnięty już około 2040 r. Ze względu na fakt, że wskaźniki dzietności w Europie znajdują się poniżej poziomu 2,1 od długiego czasu i mało prawdopodobne jest, aby wróciły powyżej w dającej się przewidzieć przyszłości, o ostatecznej liczbie ludności zarówno kontynentu, jak i Polski w 2100 r., zadecydują przede wszystkim migracje.

Niskie wskaźniki dzietności i rychła perspektywa depopulacji nie są cechą jedynie Europy. Wskaźniki poniżej poziomu zastępowalności pokoleń ma 7 na 10 największych gospodarek Azji (w tym Chiny), odpowiadających łącznie za ok. 70% PKB kontynentu. Ujemny przyrost notuje od 2005 r. Japonia. W tym roku dołączą do niej Korea Płd., notująca najniższy TFR na świecie — 0,92 w 2019 r., oraz Tajwan, a w dalszej perspektywie Chiny oraz Tajlandia. Wskaźniki dzietności poniżej poziomu 2,1 mają także najludniejsze państwa obu Ameryk — Brazylia i USA. W Afryce żadne państwo, jak dotychczas, nie spadło poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. W najludniejszej Nigerii, dzietność wynosi 5,25. Na Czarnym Lądzie znajduje się również 29 z 30 państw z najwyższym TFR na świecie (jedynym państwem spoza Afryki w tym gronie są Wyspy Salomona). Najwyższy wskaźnik notuje Niger (6,74).

Gdybym więc miał pokusić się o określenie sekwencji depopulacji wg kontynentów wyglądałaby ona następująco: Europa, Azja, Ameryka Płd., Ameryka Płn. (wyżej od Południowej ze względu na wyższy poziom rozwoju gospodarczego USA i Kanady, a tym samym większe możliwości przyciągania imigrantów), Afryka i Oceania (ostatnia ze względu na obecność i duży udział w liczbie ludności atrakcyjnych imigracyjnie Australii i Nowej Zelandii).

Przyczyny depopulacji, czyli dlaczego wskaźniki dzietności spadają?

Specjaliści z zakresu demografii w większości są zgodni, że nie ma jednego uniwersalnego czynnika powodującego spadek wskaźników dzietności. Jest nim raczej kombinacja takich trendów jak:

- wzrost poziomu urbanizacji (TFR jest z reguły wyższy na obszarach wiejskich niż w miastach);

- zwiększenie dostępu kobiet do edukacji (a tym samym odkładanie lub nawet rezygnacja z macierzyństwa i mniejsza ogólna liczba dzieci w związku z dłuższym okresem kształcenia i większymi możliwościami zawodowymi);

- zwiększenie dostępności antykoncepcji (w USA tabletki antykoncepcyjne weszły do sprzedaży w 1960 r., w Polsce dostępne są od 1966 r.).

Zjawiska te nasiliły się w okresie po II wojnie światowej i dotarły niemal w każdy zakątek globu. Np. w 2007 r. liczba ludności miast, po raz pierwszy w historii ludzkości, przekroczyła 50%, stanowiąc w 2019 r. 55%. George Friedman, amerykański politolog oraz założyciel i dyrektor prywatnej agencji wywiadu Stratfor, wskazuje jednak na urbanizację, jako główną przyczynę spadku dzietności. Wg niego, wysoki TFR jest cechą słabo rozwiniętych społeczeństw rolniczych. Dzieci stanowią w nich istotny zasób produkcyjny, który już od najmłodszych lat może być skierowany do pracy i być źródłem dochodu. W takich społeczeństwach dzieci stanowią także formę zabezpieczenia emerytalnego, wspierając rodziców na starość. Natomiast w społeczeństwach wysokorozwiniętych i zurbanizowanych „wartość ekonomiczna” dzieci maleje. Z zasobu produkcyjnego zmieniają się w „obiekt masowej konsumpcji”, generujący dla rodziców koszty. Dodatkowo, w społeczeństwie przemysłowym i zurbanizowanym znacznie zwiększają się oczekiwania od jego członków w zakresie poziomu edukacji. Powoduje to, że dziecko pozostaje bardzo często źródłem kosztów długo po osiągnięciu dorosłości.[5] Kwestia wysokich i rosnących oczekiwań przemysłowo-zurbanizowanego społeczeństwa w zakresie wykształcenia swoich członków powoduje również, poza kosztami edukacji dzieci, konieczność przeznaczania czasu i środków na swoją edukację przez samych rodziców, co także wpływa na odkładanie/ograniczanie ich planów prokreacyjnych. Na podstawie powyższego można więc wysnuć wniosek, że transformacja społeczeństw z rolniczych i słabo rozwiniętych do zurbanizowanych i wysokorozwiniętych doprowadziła do zmiany roli dzieci, które w tych drugich stały się po prostu wyrazem (w dodatku kosztownym) samorealizacji rodziców, aniżeli ekonomiczną koniecznością. Co więcej, w nowoczesnych społeczeństwach pojawiają się też inne możliwości samorealizacji (np. poprzez rozwój zainteresowań), które dla wielu osób są atrakcyjniejsze niż posiadanie dzieci i w dążeniu do których dzieci jawią się jako przeszkoda. Związane jest to z teorią tzw. „drugiej zmiany demograficznej” („second demographic transition”), tłumaczącej trwały spadek wskaźników dzietności poniżej poziomu zastępowalności pokoleń jako rezultat zmian społecznych i kulturowych, takich jak np. wzrost popularności związków nieformalnych, kultury singli czy ogólnie postaw indywidualistycznych i hedonistycznych.[6] Przykładem tego jest np. tzw. DINK lifestyle („dual income, no kids” — „podwójny dochód, brak dzieci”), czyli określenie małżeństwa/związku nieformalnego, które decyduje się nie mieć dzieci, aby żyć na wyższym poziomie.

Podsumowując i odpowiadając na tytułowe pytanie tej części tekstu, spadek śmiertelności, który zapoczątkował gwałtowny wzrost liczby ludności w XIX wieku, był spowodowany przede wszystkim upowszechnieniem odkryć naukowych i wynalazków ery przemysłowej, jak np. szczepień, poprawy warunków sanitarnych (system oczyszczania ścieków) czy rozwiązań umożliwiających zwiększenie produkcji żywności i wydłużenie okresu jej magazynowania. Doprowadziły one nie tylko do wydłużenia okresu przeciętnego trwania życia, ale także ograniczyły takie zjawiska jak epidemie czy głód. Prowadzący do depopulacji spadek dzietności, jaki obecnie obserwujemy, jest natomiast głównie wynikiem indywidualnych ludzkich decyzji, w oparciu o kombinację czynników o charakterze ekonomicznym, społecznym i psychologicznym. Nie należy przy tym oczywiście zapominać o rosnącym problemie bezpłodności, określanej jako choroba cywilizacyjna XXI wieku. Według Światowej Organizacji Zdrowie dotyka on ok. 60–80 milionów par na całym na świecie (w tym ok. 1,5 mln w Polsce). Nie spotkałem się jednak z badaniami, które próbowałyby odpowiedzieć na pytanie o skalę udziału problemów z płodnością w spadku dzietności w Polsce lub w innych państwach.

Mity i potencjalne konsekwencji depopulacji

Czy depopulacja jest w ogóle zjawiskiem negatywnym? W końcu, jak zauważa wielu, mniej ludzi to mniejsze zużycie ograniczonych zasobów planety, mniejsza produkcja odpadów i zanieczyszczeń (a tym samym, mniejsza presja na środowisko naturalne), a także np. mniejsza konkurencja o pracę, czy spadek cen nieruchomości i najmu. Moim zdaniem, depopulacja z jaką obecnie mamy do czynienia, długoterminowo jest jednak zjawiskiem negatywnym. Po pierwsze, tak jak wspomniałem na wstępie, ponieważ permanentne utrzymywanie się wskaźników dzietności poniżej poziomu 2,1 doprowadzi w ostateczności do spadku liczby ludności danego państwa/terytorium do zera. Po drugie, ponieważ jest zjawiskiem globalnym, jeszcze nigdy w najnowszej historii świata, wskaźniki dzietności nie były tak nisko, w tak dużej liczbie państw, przez tak długi okres czasu. Nie byłaby problemem, gdyby dotyczyła np. kilku państw lub nawet jednego kontynentu (wtedy rozwiązaniem byłaby imigracja). Na podstawie danych przedstawionych wcześniej wiemy jednak, że tak nie jest. Po trzecie, ponieważ nikomu jeszcze nie udało się z niej wyjść (tzn. powrócić do dodatniego przyrostu naturalnego po notowanym przez długi czas ujemnym) i nie ma gotowych rozwiązań, jak to zrobić. Po czwarte, ponieważ tempo wzrostu liczby ludności świata i tak już spada od ponad 50 lat, a powrót do sytuacji, w których miał miejsce jej silny wzrost (czyli zatrzymanie urbanizacji, ograniczenie możliwości edukacji i kariery kobiet i likwidacja antykoncepcji), jest niemożliwy. Nie mówiąc już o cofnięciu się do ery słabo rozwiniętych społeczeństw rolniczych. Po piąte, ponieważ pandemia COVID-19 przyśpieszy spadki wskaźników dzietności. I wreszcie po szóste, ponieważ z depopulacją wiążą się powszechnie występujące mity, które ukazują ją, jako zjawisko pozytywne lub co najwyżej wyzwanie, któremu łatwo można zaradzić. Oto trzy najpopularniejsze z nich:

- spadek liczby ludności świata przełoży się na spadek konsumpcji, co z kolei przyczyni się do ograniczenia zmian klimatu.

Największymi emitentami CO2 i producentami odpadów są państwa rozwinięte (USA i Unia Europejska odpowiadają za prawie 50% globalnej emisji dwutlenku węgla), które ujemny przyrost naturalny przez długi czas będą mogły sobie kompensować (i kompensują — np. Niemcy) imigracją. Nawet jeśli ich populacja zaczęłaby się kurczyć, wzrost liczby ludności i poziomu konsumpcji w państwach rozwijających się skompensowałby (i to zapewne z nawiązką) ewentualny spadek emisji CO2 w państwach rozwiniętych. Musiałoby więc minąć bardzo dużo czasu, aby zadziałał odroczony efekt depopulacji, o którym pisałem na początku, i osiągnięty został punkt krytyczny, w którym spadek emisji CO2 wynikający z kurczącej się liczby ludności przestałby być równoważony przez jej wzrost, wynikający ze wzrostu konsumpcji.

- automatyzacja, robotyzacja i wzrost produktywności zmitygują skutki depopulacji dla gospodarek.

Automatyzacja i robotyzacja rzeczywiście są i będą odpowiedzią na braki kadrowe wynikające ze spadku liczby ludności w wieku produkcyjnym. Tempo wdrażania rozwiązań w tym zakresie na chwilę obecną wydaje się jednak zbyt niskie, aby mogły ten spadek w pełni zbalansować. Nawet Japonii, niekwestionowanemu liderowi w tym zakresie, póki co się to nie udaje, w związku z czym jest zmuszona zwiększać imigrację.[7] Poza tym, o ile roboty są w stanie zastąpić człowieka w wytwarzaniu towarów, nie zastąpią go jako konsumenta. Nie będą nabywać elektroniki, samochodów, mieszkań, wyjeżdżać na wycieczki itd. Podobnie rzecz ma się z produktywnością. Ocenia się, że rośnie ona wraz z wiekiem, osiąga szczyt między 45 a 50 rokiem życia, a potem spada.[8] Przez jakiś czas wzrost produktywności, szczególnie w połączeniu z automatyzacja i robotyzacją, może więc kompensować kurczenie się i starzenie ludności w wieku produkcyjnym. Jednak i tutaj w końcu osiągnięty zostanie punkt krytyczny. Ludności Polski w wieku produkcyjnym kurczy się od 2011 r. Do 2037 r. zmniejszy się o ok. 2,8 mln osób (ok. 12%, średnio ok. 420 osób dziennie), a ok. 30% z pozostałej (6,1 z 20,3 mln) będzie miało mniej niż 10 lat do emerytury. I nie jest to prognoza, ponieważ wszyscy ludzie, którzy do tego czasu będą stanowić tę grupę ludności, już się urodzili. Jak duży musiałby być wzrost produktywności lub automatyzacji i robotyzacji żeby zrekompensować taki ubytek? Alternatywą jest oczywiście imigracja, jednak trzeba mieć na względzie, że populacja Ukrainy, głównego źródła imigrantów dla Polski, kurczy się i będzie kurczyła jeszcze szybciej.[9] Poza tym, tak jak przy automatyzacji/robotyzacji, cały czas pozostaje pytanie o stronę popytową.

- odpowiedzią na depopulację jest wzrost imigracji.

W początkowym etapie imigracja na pewno będzie w stanie kompensować ujemny przyrost naturalny, a nawet zapewniać wzrost populacji, jak to się dzieje we wspomnianych Niemczech. Jak już jednak wiemy, przed perspektywą depopulacji stoją wszystkie kontynenty, poza (póki co) Afryką. Dlatego też należy spodziewać się, że liczba imigrantów będzie w dłuższej perspektywie maleć, co odbije się zwłaszcza na kurczących się państwach rozwijających, które będą przeważnie przegrywały walkę o nich z państwami rozwiniętymi.

Jakie będą natomiast konsekwencje depopulacji? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, chociażby ze względu na fakt, że depopulacja w skali globalnej, niespowodowana wojnami czy epidemiami, nie ma precedensu w historii świata, a już na pewno nie jej nowożytnej części. Zresztą nawet kwestia wpływu wzrostu populacji na wzrost gospodarczy pozostaje kontrowersyjna, jak zauważa profesor Wesley Peterson z Uniwersytetu Nebraski. Ekonomiści wypracowali teoretyczne argumenty zarówno na poparcie tezy, że wzrost populacji spowalnia wzrost PKB per capita, jak i że stymuluje wzrost gospodarczy („dywidenda demograficzna”).[10] Zmarły 30 lat temu francuski demograf Alfred Sauvvy twierdził, że ekonomiści nie uznają relacji pomiędzy wzrostem gospodarczym i demografią, więc nigdy nie próbują jej zweryfikować. Jednak nie wszyscy. W opinii Jean-Michela Boussemarta oraz Michel Godeta „długoterminowy wzrost w krajach rozwiniętych jest napędzany przez demografię. Bez kapitału ludzkiego, wzrost pozostaje stłumiony”.[11] Taką tezę zdaje się potwierdzać przykład Japonii, gdzie od 1974 r. wskaźnik dzietności na stałe przebywa poniżej poziomu zastępowalności pokoleń, od 1995 r. spada liczba ludności w wieku produkcyjnym, a od 2007 r. regularnie notowany jest ujemny przyrost naturalny (tylko w 2018 i 2019 r. ubyło z tego względu prawie milion Japończyków). Jak zauważa Masaaki Shirakawa, były Gubernator Banku Japonii, wpływ ubytku ludności w wieku produkcyjnym najlepiej odzwierciedla wzrost gospodarczy Japonii, który od początku tego tysiąclecia był najniższy spośród wszystkich najbardziej rozwiniętych państw świata, skupionych w grupie G7. Również inflacja przez większość tego czasu przebywała na poziomie poniżej zera, pokazując problemy po stronie popytowej gospodarki. I to pomimo najwyższego w G7 wzrostu PKB na jednego pracującego.[12] Również perspektywy japońskiej gospodarki są postrzegane przez pryzmat starzenia się i kurczenia społeczeństwa. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego, trendy te będą obciążały japońskie finanse publiczne poprzez z jednej strony rosnące wydatki na opiekę zdrowotną i emerytury, a z drugiej poprzez kurczącą się „bazę podatkową” (czyli liczbę podatników). Zdaniem IMF wpłynie to również na stopy procentowe, które pozostaną niskie ze względu na z rosnące oszczędności i ograniczone inwestycje (spowodowane słabymi perspektywami ekonomicznymi).[13] Podsumowując powyższe rozważania, depopulacja oznacza powolny koniec modelu rozwoju, w którym coraz więcej ludzi, zarabiających coraz więcej, konsumuje coraz więcej.

W odniesieniu do sytuacji Polski i regionu Europy Środkowo-Wschodniej, „japonizacja gospodarki” oznacza „zestarzenie się przed wzbogaceniem” („growing old before becoming rich”), czyli wpadnięcie w „pułapkę średniego (albo nawet niskiego) dochodu”, przed którą państwa regionu tak bardzo chcą uciec. W takiej sytuacji Polska nigdy nie dogoni Niemiec, a Ukraina Polski. Ryzyko to zwiększą niskie i wciąż spadające wskaźniki dzietności państw Europy Zachodniej, które spowodują u nich wzrost zapotrzebowania na imigrację. Przełoży się to na utrzymanie, a nawet zwiększenie roli Europy Śr.-Wsch. jako źródła zasobów ludzkich, co z kolei pogłębi jej własne problemy demograficzne. Krótko mówiąc, po zakończeniu pandemii i powrotu gospodarek na ścieżkę wzrostu, w Europie należy spodziewać się nasilenia walki o ludzi, zwłaszcza młodych.

Stagnacja gospodarcza, zwłaszcza w państwach rozwijających się, będzie w mojej opinii główną, negatywną konsekwencją depopulacji w dającej się przewidzieć przyszłości. Zanim jednak będzie to widoczne na poziomie państw, dokona się na poziomie ich regionów, zwłaszcza tych pozbawionych dużych aglomeracji miejskich. Na przykładzie Polski, w której depopulacja dopiero się zaczyna, już teraz widać, że województwa z dużymi aglomeracjami, w których liczba ludności rośnie, na ogół rozwijają się szybciej (jeśli chodzi o wzrost wojewódzkiego PKB) od pozostałych.

Przełoży się to z kolei na kolejny efekt depopulacji, a mianowicie przyśpieszenie wzrostu aglomeracyjności i stolicocentryczności państw. Pod względem udziału aglomeracji stołecznej w PKB i liczbie ludności kraju Polska, jest obecnie w końcówce UE (niżej są tylko Włochy i Niemcy). W pozostałych unijnych państwach naszego regionu wskaźnik ten przekracza 25% (dla PKB) i 10% (dla ludności), a na Łotwie, Litwie, Węgrzech oraz w Chorwacji i Bułgarii, przekracza odpowiednio 40% i 20%.[14] Proces zwiększania koncentracji ludności i aktywności gospodarczej nie będzie dotyczył tylko Europy Śr.-Wsch. Depopulacja najprawdopodobniej spowoduje, że będzie tu postępował szybciej niż w zachodniej części kontynentu. Rezultatem tego procesu będzie „neomediewalizm”, o którym pisał doradca ds. strategii globalnej Parag Khanna, czyli powrót do sytuacji znanej w średniowieczu, kiedy miasta miały większe znaczenie, niż państwa, w których się znajdowały.[15]

Innym efektem depopulacji mogą być „wojny depopulacyjne („depopulation wars”), o czym pisał w 2018 r. dziennikarz Roger T. Howard w The National Interest. W jego opinii państwa kurczące się lub nawet stojące przed taką perspektywą, mogą być źródłem niestabilności i konfliktów. Powodem tego może być zastosowanie podejścia „teraz, albo nigdy” lub prowadzenie agresywnej polityki zagranicznej celem podniesienia spadającego wraz z liczbą ludności morale narodu. W tym kontekście autor postrzega np. działania Rosji wobec Ukrainy w 2014 r. Chiny również można zaliczyć do tej grupy. Państwa kurczące się (albo nawet rosnące zbyt wolno) mogą również dążyć do pozyskania broni atomowej dla skompensowania słabnącej pozycji na arenie międzynarodowej, a także w celach obronnych (Howard podaje tutaj przykład Korei Północnej). Państwa dotknięte depopulacją mogą też stać się bardziej podatne na atak z zewnątrz. Nie tylko na skutek malejącej puli ludności zdolnej do służby wojskowej, ale także coraz bardziej napiętych budżetów. Ze względu na z jednej strony rosnące wydatki zdrowotne i emerytalne, a z drugiej spadające wpływy podatkowe, wydatki obronne mogą po prostu stać się „drogim luksusem”. Autor wymienia w tym względzie Tajwan, ale moim zdaniem taka sytuacja szybko może stać się też rzeczywistością także państw członkowskich NATO z tak zwanej „flanki wschodniej” (między innymi Polski).[16]

Równolegle możliwa jest także przeciwna tendencja i państwa starzejące się oraz kurczące mogą stać się bardziej pokojowe. Jak zauważa dr Paul Morland z Uniwersytetu Londyńskiego, występuje silna korelacja pomiędzy średnim wiekiem społeczeństwa a poziomem przemocy i przestępczości: „Nie wszystkie młode społeczeństwa są pogrążone w przestępczości i wojnie, ale prawie wszystkie stare społeczeństwa są pokojowe”.[17]

Co z tym można zrobić?

Globalna depopulacja powoli staje się faktem, a jej konsekwencje będą lub mogą być odwrotnie proporcjonalne do miejsca, jakiego obecnie poświęca się temu zagadnieniu w debacie, szczególnie w Polsce. Dotychczas podejmowane przez rządy, często bardzo kosztowne, działania mające na celu przynajmniej zahamowanie spadku dzietności, okazały się nieskuteczne. W latach 2006–2018 Korea Południowa wydała na nie równowartość 135 mld $. Wskaźnik dzietności spadł w tym okresie z 1,13 do 0,98. Nie mniej jednak, do 2025 r. Koreańczycy planują przeznaczyć na ten cel kolejne 179 mld $. Ten przykład, jak również polski program 500+, jasno pokazują, że depopulacja jest odporna na bezpośrednie transfery pieniężne. W najnowszej historii doświadczenie dłuższego pobytu poniżej poziomu zastępowalności pokoleń, a następnie powrotu powyżej 2,1 ma jedynie Wielka Brytania (w latach 1927–46). Spadek nie był jednak ani zbyt głęboki (minimalny osiągnięty poziom wyniósł 1,72), ani zbyt długi (19 lat). W 1973 r. W. Brytania ponownie spadła poniżej 2,1 i pozostaje poniżej tego poziomu do dziś. Póki co nie notuje jednak ujemnego przyrostu naturalnego, co zapewne jest spowodowane imigracją, która od lat 80-tych jest głównym czynnikiem wzrostu ludności kraju.

Jak zauważa profesor Danny Dorling z Uniwersytetu Oxfordzkiego w książce Why demography matters, ludzie ostatecznie mają przeważnie mniej dzieci niż deklarują, że chcą mieć. Potwierdzają to badania Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) dla 27 europejskich państw, według których średnia liczba pożądanych dzieci wynosi 2,2 dla mężczyzn i 2,3 dla kobiet, czyli powyżej poziomu zastępowalności pokoleń i przeważnie znacznie więcej, niż wynosi rzeczywisty TFR w badanych krajach. Logicznym więc wydaje się, że pierwszym krokiem do podjęcia próby zasypania przepaści pomiędzy oczekiwaną a rzeczywistą dzietnością powinna być solida diagnoza społeczna, dająca odpowiedź na pytanie skąd ta różnica się bierze. Dałoby to podstawę do wypracowania długofalowej, kompleksowej i wielopłaszczyznowej polityki, w której rolę miałaby większość instytucji publicznych, jak również sektor prywatny. Kwestia ta powinna być priorytetowo traktowana zarówno na poziomie państwowym, jak i np. w ramach Unii Europejskiej. W mojej ocenie rozwiązaniami, które w Polsce mogłyby coś zmienić są np.:

- dążenie do ograniczania, albo przynajmniej trzymania w ryzach, kosztów związanych z wychowaniem dzieci (zamiast dawania na nie pieniędzy);

- poprawa efektywności służby zdrowia (odbiurokratyzowanie) i priorytetowe traktowanie jej finansowania (żeby np. w leczeniu skomplikowanych chorób u dzieci nie musiały wyręczać państwa inicjatywy typu siepomaga.pl czy zrzutka.pl);

- zapewnienie gwarantowanej, bezpłatnej publicznej opieki przedszkolnej, albo finansowanie prywatnej, a także finansowanie tworzenia i funkcjonowania punktów takiej opieki np. w miejscach pracy;

- wsparcie rodziców z minimum dwójką dzieci w zakupie odpowiedniej nieruchomości (zarówno w wymiarze finansowym, jak i poprzez zdjęcie z nich całości ryzyka związanego z tym procesem, wynikającego np. z długotrwałej utraty pracy);

- gratyfikacja finansowa dla pracodawcy, którego pracowniczka zaszłaby w ciążę;

- promowanie pozytywnego wizerunku rodziny.

Złotą zasadą przyświecającą poszukiwaniu rozwiązań w tym zakresie, powinno być stworzenie przyjaznego środowiska życia oraz zapewnienie wszelkiego możliwego wsparcia tym, którzy chcą mieć dzieci.

Przypisy:

[1] Będąc precyzyjnym to szczyt po 1950 r., ponieważ do tego roku sięgają dane Organizacji Narodów Zjednoczonych. Dla zachowania spójności, dane dot. liczby ludności i wskaźników dzietności ONZ będą także źródłem dla innych informacji i obliczeń w tym tekście (jeśli nie podano inaczej). Źródłem informacji dotyczących przyrostu naturalnego są natomiast urzędu statystyczne poszczególnych państw.

[2] Minimalnie wyżej był jeszcze w 1950 r. (5,05).

[3] Na potrzeby tego tekstu do EŚ-W zaliczam Polskę, Czechy, Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Albanię, państwa b. Jugosławii oraz europejskie państwa b. ZSRR (Białoruś, Mołdawię, Rosję, Ukrainę oraz państwa bałtyckie).

[4] Spadek liczony w odniesieniu do danych ONZ, która ludność Polski na 1 lipca br. szacuje na 37,847 mln.

[5] George Friedman, Population Decline and the Great Economic Reversal, https://worldview.stratfor.com/article/population-decline-and-great-economic-reversal, 15.12.2020.

[6] Ciekawie pisze o tym oxfordzki profesor Danny Dorling w książce pt.: Why demography matters (s. 110–122). „Pierwsza zmiana demograficzna” polegała na przejściu z etapu wysokich wskaźników dzietności i umieralności ery przedprzemysłowej, poprzez spadek wskaźnika śmiertelności (co powoduje gwałtowny wzrost populacji), do etapu spadku wskaźnika dzietności (co z kolei powoduje wyhamowanie lub zakończenie wzrostu populacji).

[7] Martin Gelin, Japan Radically Increased Immigration — and No One Protested, https://foreignpolicy.com/2020/06/23/japan-immigration-policy-xenophobia-migration/, 16.12.2020.

[8] Edoardo Campanella, Age and Productivity.

Do Older Workforces Contribute to Low Economic Growth?, https://www.foreignaffairs.com/articles/2016-04-20/age-and-productivity, 17.12.2020.

[9] Od 1992 r. Ukraina notuje ujemny przyrost naturalny w przedziale 100–380 tys. osób rocznie. Do tego dochodzi emigracja, której skali nie pozwalają oszacować dostępne dane. Według przeprowadzonego w 2019 r. elektronicznego spisu powszechnego, na dzień 1 września tego roku na Ukrainie mieszkało 37,3 mln osób (bez Krymu i okupowanych terytoriów Donbasu). U szczytu, w 1991 r., ludność Ukrainy liczyła 51,9 mln.

[10] E. Wesley F. Peterson, The Role of Population in Economic Growth, https://journals.sagepub.com/doi/full/10.1177/2158244017736094, 18.12.2020.

[11] Jean-Michel Boussemart, Michel Godet, Europe 2050: Demographic Suicide, https://www.robert-schuman.eu/en/european-issues/0462-europe-2050-demographic-suicide, 18.12.2020.

[12] Masaaki Shirakawa, Emerging Asia should learn from Japan’s demographic experience, https://asia.nikkei.com/Opinion/Emerging-Asia-should-learn-from-Japan-s-demographic-experience, 18.12.2020.

[13] Japan: Demographic Shift Opens Door to Reforms, https://www.imf.org/en/News/Articles/2020/02/10/na021020-japan-demographic-shift-opens-door-to-reforms, 18.12.2020.

[14] Na podstawie danych Eurostatu za 2016 r.

[15] Parag Khanna, Like in the Middle Ages, Cities of the Future Will Be More Important Than Nations, https://www.huffpost.com/entry/middle-ages-cities-future_b_8387356, 18.12.2020.

[16] R. T. Howard, Depopulation Wars, https://nationalinterest.org/feature/depopulation-wars-33731, 18.12.2020.

[17] Paul Morland, The Human Tide. How Population Shaped the Modern World, s.275.

Demograf-amator. Inne zainteresowania: makroekonomia, sprawy międzynarodowe, rynki finansowe, analiza i wizualizacja danych (R & Tableau).

Get the Medium app

A button that says 'Download on the App Store', and if clicked it will lead you to the iOS App store
A button that says 'Get it on, Google Play', and if clicked it will lead you to the Google Play store